Solidarność kobiet.

Perspektywy zmieniają się szybko, czasem nawet z dnia na dzień. Gdybym wczoraj mówiła „Solidarność” myślałabym: strajki, Wałęsa, wiktoria, mur, Okrągły Stół. Kiedy wczoraj mówiłabym „Solidarność” myślałabym o dzielnych mężczyznach, brodatych robotnikach, wąsatych strajkujących, o tych, którzy zostawili rodziny w domu i poszli zmieniać historię Polski. Nie myślałabym o kobietach – o Annie Walentynowicz, której sprawa uruchomiła całą machinę strajkową, o tych wszystkich kobietach, które przekonały robotników by nie rozwiązywali strajku, a wspierali tych, którzy jeszcze nie uzyskali tego, o co walczyli, o kobietach, które utworzyły największą gazetę podziemną. Nie pomyślałabym o nich, bo dla dobra sprawy przemykały one bocznymi drzwiami i nie zdążyły jednocześnie zajrzeć do salonu…

Zgrzyt, który się we mnie pojawił, i który to zabrał „według” – bo prawidłowy tytuł filmu Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego brzmi „Solidarność według kobiet” – zrodził się już w momencie zajęcia miejsca na sali. Siedząc w wygodnym, kinowym fotelu patrzyłam na dobrze znany napis Solidarność. Niżej czarne zarysy kobiecych postaci, jeszcze niżej wyjaśnienie, że chodzi o kobiety. Myślę sobie, że gdyby w filmie noszącym tytuł „Solidarność” brali udział sami mężczyźni, nie trzeba byłoby tego nikomu szczególnie wyjaśniać. Ale gdyby w tym samym filmie pojawiły się wyłącznie kobiety? Nie jeden widz, czułby zapewne, że go nie doinformowano. Jak gdyby oddając scenę kobietom, trzeba było to specjalnie zaznaczać, że oto teraz będzie trochę inaczej, bo tylko okiem kobiet…

A więc Solidarność kobiet, bo czym byłaby ona bez kobiet? A może inaczej – czy w ogóle miałaby miejsce? O czym czytalibyśmy w książkach do historii, gdyby 16 sierpnia 1980 roku rozwiązano strajk? To własne dzięki kobietom historia Stoczni potoczyła się dalej. Tymczasem Okrągły Stół to już po stronie opozycjonistów 25 mężczyzn i tylko jedna kobieta – Grażyna Staniszewska – o której to jej koleżanki mówią tak, jak gdyby znalazła się tam całkowicie przypadkiem. Solidarność, to także Wałęsa, który triumfując niesiony jest na barkach robotników. Chwilę wcześniej stał jeszcze z Ewą Ossowską, o której zapomniano, i o której najwyraźniej pamiętać jest niewygodnie. Kobiety, które widzę na ekranie budzone są z letargu, dopiero teraz mówią „Zapomniano o nas”. Co przypadło im w zamian?

Jadwiga Staniszkis była wtedy jedyną kobietą, która znalazła się w gronie ekspertów podczas negocjacji między związkami a rządem. To kobieta dostała najwyższy wyrok w czasie stanu wojennego – Ewa Kubasiewicz, dziesięć lat za ulotkę. Ścigana listem gończym Jadwiga Chmielowska ukrywała się do 1990 roku, najdłużej ze wszystkich opozycjonistów. Kobieca historia – od początku do końca.

Walentynowicz, Pienkowska, Krzywonos – to rozpoznawalne nazwiska. Ale kim jest Ewa Ossowska?

M.D.: Jej nazwisko pojawia się w wielu tekstach na temat Sierpnia 1980, ale nigdzie nie znaleźliśmy żadnej jej wypowiedzi. Kobiety po prostu nie ma. Odszukaliśmy ją we Włoszech, gdzie wyemigrowała z Polski jeszcze w latach 80. Dlaczego? Tego na razie nie wiemy. Zbieramy pieniądze, aby do niej pojechać.

P.Ś.: Mieszka pod Neapolem. Przez telefon powiedziała nam, że przez 30 lat z nikim nie rozmawiała o swojej przeszłości, ale teraz jest już gotowa. Zabrzmiało to dość dramatycznie.

M.D.: Chyba wciąż czuje się z Polską związana, bo komentowała bieżące wydarzenia. Na jej przykładzie widać, jak kobiety znikają z historii. Jeśli do niej nie pojedziemy, być może w następnych tekstach już jej nie będzie. Nikt dotąd nie zadał sobie trudu, aby do niej dotrzeć, zaprosić na jakieś rocznicowe obchody. Myślę, że czuje się trochę skrzywdzona.

P.Ś.: W pewnym momencie pojawiły się też pogłoski, że była agentką, ale wszystko wskazuje na to, że były to teksty oczerniające.

M.D.: Na pewno była ważną osobą. Mamy jej zdjęcie z Wałęsą, na jakimś podnośniku nad tłumem. On przemawia przez tubę, ona stoi tuż obok. Była blisko.

Gdyby nie była, nikt nie zadałby sobie trudu, aby ją oczerniać.

M.D.: Określonego stanowiska na pewno nie miała, bo kobietom nie zależało wówczas na byciu w strukturach. Same przyznają, że do Okrągłego Stołu właściwie też się nie pchały.

P.Ś.: Albo mówią: „Myśmy były przy Okrągłym Stole. W podstoliku!”. Odniosłem wrażenie, że za bardzo ufały w trwałość solidarnościowych więzi. Tymczasem nagle się okazało, że mężczyźni zaczęli wojnę o stołki. Te damy, z którymi mieliśmy do czynienia, to nie są osoby, które używają łokci.

Cytaty zaczerpnięte z Gazety Wyborczej.
Kiedy film się kończy, czuję, że sama tracę coś jako kobieta. Do publiczności wychodzi Marta Dzido i Piotr Śliwowski, ale po chwili zdaje się, że przemawia już tylko Piotr. W pewnym momencie Marta siada nawet między publicznością, oddając całkowicie głos Śliwowskiemu, który w żółtej koszuli opowiada o historii pozyskiwania pieniędzy na film. Myślę „Zeszła ze sceny, tak jak wtedy tamte kobiety, a przecież tyle zrobiła”…