O Konwencji jeszcze przed głosowaniem.

Od dawna już twierdzę, że powinno powstać coś, w rodzaju „prawicowego słownika zastraszenia”. Z pasją śledzę nagłówki portali skrajnie prawicowych i religijnych, z których to co drugi napis straszy genderem. Jakiś czas temu, będąc na projekcji filmu „Solidarność według kobiet” usłyszałam wypowiedź starszej pani „ja zawsze byłam przeciwko feminizmowi i gender” – była to jej odpowiedź na zwykłe stwierdzenie innej, młodej kobiety, iż film porusza kwestie gender, którą w tym przypadku była nierówna walka kobiet i mężczyzn o dojście do władzy. Nie wiem, czy staruszka wiedziała o czym w ogóle mówi, czy potrafiłaby podać definicję słowa „gender”. Ważne, że pojawiło się to słowo, które działa niczym pstryczek – elektryczek wyłączający racjonalne myślenie. To naprawdę fascynujące, że przy tylu godzinach audycji radiowych i telewizyjnych, przy tylu napisanych na temat gender artykułach, ze strony księży i polityków prawicy ani razu nie padła jeszcze prawidłowa definicja słowa „gender”.

Dziś rozpędzony słownik prawicowego zastraszenia wypluł na świat kolejny termin: „neomarksistowska ideologia gender”. Jest mi naprawdę żal ludzi, którzy bezrefleksyjnie łykają takie słowa. To znak, że naród jest już na tyle otumaniony, że nie trzeba zbytnio niczego owijać w bawełnę. Wystarczy bez większego wysiłku połączyć ze sobą zupełnie odmienne słowa i przepis na zastraszenie gotowy. Jest to jawny brak szacunku księży wobec wiernych.

Może tak zatem przyjrzeć się temu tworowi na glinianych nogach? W końcu Episkopat Polski dzielnie go lepił i dopracowywał, aby tuż przed głosowaniem wytoczyć na widok publiczny – a niechże trochę postraszy…

Otóż Marksizm to w dużym uproszczeniu światopogląd polityczno – społeczno – gospodarczy, w którym decydujące są kwestie własności i technologii. Marksizm stał się wrogiem Kościoła, gdyż z punktu widzenia marksistów religie stanowiły jedynie pewien produkt danej fazy rozwoju historycznego. Podważało to więc słowa hierarchów Kościoła o tym, że jest on instytucją wieczną, trwałą i niewzruszoną, którą Bóg zesłał ludziom. Moim zdaniem obrażenie się Kościoła na Marksizm była czymś w rodzaju focha wypływającego z braku przemyślenia takiego twierdzenia. Na przestrzeni lat widać bowiem, że pomimo większej bądź większej popularności Kościoła w różnych regionach świata, niezaprzeczalnie nadal stanowi on dla wielu ludzi duży wyznacznik kierunku w jakim zmierza ich życie. Obrażanie się na światopogląd jest więc bezsensownym zabiegiem, ponieważ nie jego istnienie weryfikuje, czy coś ostatecznie stanowi jedynie chwilowy produkt historyczny, czy wejdzie do historii jako produkt, którego niektórzy ludzie używają w swym życiu w sposób stały. Czym innym jest oczywiście reagowanie na czyny, a więc używanie tego, czy innego poglądu, do zadawania krzywdy – czy to osobom wierzącym, czy – jak to teraz często ma miejsce – osobom, które mają odmienne od Kościoła zdanie. Działa to w dwie strony. Nie o tym jednak teraz mowa…

Idźmy zatem dalej, bo tu dopiero robi się ciekawie i wesoło. Nie wystarczy już straszenie marksistowskim genderem, należy jeszcze bardziej skomplikować sprawę (bo co nieznane przeciętnemu człowiekowi to rzecz jasna wywołujące jeszcze większy strach). Tak więc neomarksizm, który się tu pojawił jest z kolei niczym innym jak odrzuceniem leninowskiego rozumowania marksizmu i zbliżenia się do teorii głoszonej przez Hegla. Wiązał marksizm np. z filozofią czy psychoanalizą.

Ostatnim elementem tego skomplikowanego zwrotu jest oczywiście gender – swoista wisienka na torcie. Potwór, którym straszą biskupi to w rzeczywistym znaczeniu badania nad płcią kulturową. Ściślej rzecz ujmując mamy tu do czynienia z badaniami nad tym, jak społeczeństwo – w zależności od regionu świata – konstruuje kobiece i męskie wzorce zachowań. Odnosi się do obserwacji wzorców i schematów, które nakładane są na każdą z płci. Nie da się bowiem zaprzeczyć, że w zależności od tego, czy jesteśmy kobietą, czy mężczyzną słyszymy od swojej rodziny i środowiska zupełnie inne komunikaty. Innych zachowań oczekuje się od mężczyzn, innych od kobiet. Mówi się np. że kobiety lepiej zajmują się domem – nie jest to w żaden sposób potwierdzone badaniami naukowymi i opiera się jedynie na utartym schemacie myślowym, który przez lata powtarzania przyjął się jako prawda oczywista. Często nikt więc dziś nie pyta kto ma zajmować się domem, bo przecież wiadomo, że najlepiej w tej roli wypada kobieta. Mężczyzna zaś powinien rozwijać karierę zawodową, bo według utartych przez lata schematów, to właśnie nie kto inny jak mężczyzna uznawany był za tego, który najlepiej się tym zajmie. Gender bada zatem skąd biorą się takie schematy, jakie mają zastosowanie i jak oddziałują na życie zarówno kobiet jak i mężczyzn.

Co zatem łączy rezygnację z pierwotnego pojmowania marksizmu i jego późniejsze przemiany z genderem i jakie to ma znaczenie dla konwencji przeciwko przemocy wobec kobiet? Pojęcia nie mam. Na siłę można by się zapewne czegoś doszukać, jednak nie będę tego robiła, w tym bowiem najlepsza jest prawica.  Z mistrzem mierzyć się nie będę, bo też nie to jest dla mnie najistotniejsze w całym tym sporze o Konwencję. Biskupi są przeciwko Konwencji, ponieważ uważają, że godzi ona w dobre imię Kościoła. Czy taki obraz wyłania się z Konwencji? Każdy oczywiście widzi to co chce, co rozumie używając racjonalnego, bądź nieracjonalnego myślenia lub też co chce widzieć, w ostateczności co wmówiono mu, że widzi…

Jeżeli chodzi o wyżej wspomniane „doszukiwanie się” to taki właśnie zabieg widoczny jest przy zastrzeżeniach wobec art. 12 Konwencji. Rzecz jasna Kościół nie tłumaczy i nie przekazuje całej treści nie tylko Konwencji co samego art. 12. Wystarczy przecież powiedzieć wiernym, że coś jest be i to wystarczy, aby uwierzyli bez słowa, że tak faktycznie jest. Znamy te zabiegi chociażby z afery ze spektaklem „Golgota Picnic” gdzie panowała jedna myśl „Nie znam się, nie słyszałam_em, nie widziałam_em, to się wypowiem….”

Jak zatem brzmi art. 12 Konwencji?
Artykuł został nazwany profilaktyką, a więc czymś, co nie zakłada, że problem wystąpi na pewno, jednak przewiduje, że być może tak się stanie, zatem profilaktycznie wprowadza poniższe zapisy:
1. Strony podejmą działania niezbędne do promowania zmian wzorców społecznych i kulturowych dotyczących zachowania kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowym modelu roli kobiet i mężczyzn.
I tu od razu bezmyślność, którą zakorzeniono w naszym narodzie podpowiada, że ktoś chce wykorzenić rodzinę, wprowadzić ten zły gender i przy okazji związki partnerskie. Tymczasem zapis, kiedy już przyjrzymy się mu bez emocji, jest niczym innym jak zabiegiem, który ma pomóc poszerzeniu równości kobiet i mężczyzn. Pełno myślowych klatek o tym, jak powinny, a jak nie powinny zachowywać się kobiety blokuje bowiem dostęp do tej równości. Kogo zaboli taki zapis? Tylko tego, kto z obecnej nierówności czerpie realne korzyści. Łatwiej jest przecież wmówić kobiecie, że nie powinna się wychylać i szukać pracy, bo tak po prostu jest w tradycji, niż poszukać rozwiązań, aby i mężczyzna i kobieta czuli się równi sobie. Zapis ten nie jest również skierowany przeciwko mężczyznom, jak twierdzą niektórzy. Jeżeli przyjmiemy, że zależy nam na zmianach stereotypowego postrzegania kobiet i mężczyzn, to wówczas zmieniają się także wymagania. Wielu mężczyzn nie jest w stanie sprostać nałożonym na nich wzorcom tego, jak powinien zachowywać się prawdziwy facet. Równość płci sprawia, że wyrównane stają się nie tylko prawa, ale i obowiązki, a także wymagania.
2. Strony podejmą konieczne środki prawne lub inne działania zapobiegające wszelkim formom przemocy, popełnianej przez osobę fizyczną lub prawną, objętym zakresem niniejszej Konwencji.
3. Podejmując wszelkie działania zgodne z zapisami niniejszego rozdziału, uwzględnia się konkretne potrzeby osób narażonych ze względu na szczególne okoliczności oraz należy kierować się przede wszystkim dobrem ofiary.
Te dwa zapisy nie powinny chyba budzić większych pytań, chodzi bowiem o środki, które zobowiązują się przestrzegać strony Konwencji. Włączenie zapisów prawnych jest tu bowiem zrozumiałe, nie możemy przecież założyć, że problem przemocy rozwiąże się sam, wraz z wprowadzeniem Konwencji. Należy mówić także o realnych środkach przeciwdziałania przemocy.
4. Strony podejmą konieczne działania zachęcające społeczeństwo, a w szczególności mężczyzn i chłopców, do aktywnego udziału w zapobieganiu wszelkim formom przemocy objętym zakresem niniejszej Konwencji.
Ten zapis również powinien być bardzo zrozumiały. Ile razy dorastająca dziewczyna słyszy np. „Wróć do domu przed 22″ – w rozumowaniu zatroskanego rodzica pojawia się myśl, że ktoś może dziewczynie zagrozić. Pobić, zgwałcić, w najlepszym wypadki okraść. Takie rozumowanie jest bardzo nielogiczne. Nie zastraszajmy ofiar, zajmijmy się sprawcami… Pewne powiedzenie brzmi: „Nie mów swojej córce, żeby nie wracała późno do domu, powiedz swojemu synowi, żeby nie gwałcił”. Jak najbardziej w porządku jest wzmacnianie wzajemnego poszanowania i respektowania praw drugiego człowieka.
5. Strony gwarantują, że kultura, zwyczaje, religia, tradycja czy tzw. „honor” nie będą uznawane za usprawiedliwienie dla wszelkich aktów przemocy objętych zakresem niniejszej Konwencji.
To zapis, który najwyraźniej najbardziej kuje biskupie oko. Czytanie bez zrozumienia jak widać przynosi efekty. Gdyby jakakolwiek inna Konwencja miała np. zapis „Strony gwarantują, że noszenie kolczyków nie będzie uznawane za usprawiedliwienie dla wszelkich aktów wandalizmu” logicznym byłoby, że osoby, które nie podejmują aktów wandalizmu miałyby obojętne podejście do istnienia takiego zapisu, w końcu skoro i tak nie dokonywały aktów wandalizmu, to czemu ma w nich budzić niechęć pojawienie się takiego zapisu? Czyżby zatem Kościół czegoś się obawiał? Może zamknięcia furtki, dzięki której dotąd księża mogli mówić maltretowanym przez swych mężów kobietom „Bóg tak chciał, weź swój krzyż w imię Twojej miłości, którą ślubowałaś mężowi przed ołtarzem”. Jeżeli ktoś oglądał_a materiał „Zdychaj na raka macicy” to wie jak miejscowy proboszcz postąpił z kobietą, która poskarżyła mu się na przemoc, jakiej doznawała od męża i synów – lepiej nie roznosić własnych brudów po wsi. Tak właśnie dzieje się w wielu przypadkach. I o tym mówi powyższy zapis. Nie ma tam słów, o tym – jak to biskupi próbują wmówić niczego nieświadomym wiernym – że Kościół sam w sobie jest przyczynkiem do istnienia przemocy. Mówi zaś o tym, aby to, co głosi nie stało się usprawiedliwieniem dla istnienia tejże przemocy. Jeżeli takie próby nie będą podejmowane, sam zapis w Konwencji będzie niewykorzystywanym, prawnym zapisem. Jeżeli więc Kościół nie wykorzystuje religii, aby usprawiedliwiać przemoc, to czego się obawia? Czas po prostu nie wmawiać dalej kobiecie „Bóg Ciebie doświadcza, daje Ci krzyż, który musisz dzielnie nieść”, tylko pójść do mężczyzny i to właśnie jemu powiedzieć „Bóg na Ciebie patrzy i Cię osądza. Zmień swoje postępowanie”. To samo dotyczy tzw. „honoru”. Nie można zaprzeczyć, że w wielu krajach kobiety giną np. kamienowane przez własną rodzinę, bo „splamiły honor rodziny” tym, że ktoś je zgwałcił…

Sprzeciwianie się Konwencji jest zatem ukrytym strachem tych, którym na rękę jest rzeczywistość, w której kobiety nie posiadają ochrony przed przemocą. Obawiający się tego są zaś ludźmi, którzy mają coś na swych sumieniach, lub pragną aby wyjście awaryjne nie zostało im zablokowane. Który bowiem mężczyzna nie podejmujący się przemocy wobec kobiet, szanujący jej godność, i współdzielący z nią prawa i obowiązki bałby się Konwencji? Głosowanie, które nas czeka jest dla nas wielkim sprawdzianem, który pokaże czarno na białym to po której stronie są głosujący – tych, którym równość kobiet przeszkadza z różnych powodów, czy tych, którzy i tak są za nią od dawna, a więc się jej zupełnie nie obawiają…