Kobieto, nie dorabiaj sobie mentalnych jaj.

„Niektóre kobiety dorabiają sobie mentalne jaja” – tak wczorajsze szkolenie marketingu oceniła moja partnerka. Istotnie podczas jego trwania mogłyśmy posłuchać o tym, jak to niektóre z kobiet były kiedyś menadżerami, prezesami lub szefami w jakichś firmach, a teraz, jako fachowi specjaliści chcą przejść na swoje. Były (a może powinnam raczej napisać byli?) wśród nas również kobiety (?), które (którzy?) zamierzały (zamierzali?) zacząć coś totalnie od zera, z pomysłem w głowie.

Jeszcze kilka lat temu sama uważałam, że pisanie byliśmy/byłyśmy jest trochę śmieszne, a tekst „Każdy/każda z nas widział/widziała i słyszał/słyszała, jednak nie każdemu/każdej z nas się to podobało…” rozmywa sens. Z takimi jednak artykułami się spotkałam. Były to próby wprowadzenia języka równościowego, które na tamtą chwilę nie przypadły mi do gustu. Coś jednak dalej nie dawało mi spokoju i przypominało o sobie niczym gryzący sweter. Olśnienia są jak wiadomo bardzo proste i przychodzą na najmniej oczekiwanym momencie. W moim przypadku było to jedno z tych nudnych szkoleń, których tematyki po pół roku nie możesz sobie przypomnieć i wygrzebując z zakamarków pamięci jakieś drobne smaczki, mówisz po prostu „byłam kiedyś na takim szkoleniu, gdzie…”. Otóż zapełniając kolejną stronę notatnika nic nie znaczącymi kółeczkami i kwadracikami usłyszałam głos prowadzącego: „Moi drodzy, a czy ktoś z was widział ten film?”. Podniosłam rękę na znak potwierdzenia – wtedy mnie olśniło. Co prawda facet nie powiedział „drodzy panowie”, co byłoby ewidentnym zwróceniem się wyłącznie do obecnych na sali mężczyzn, nie powiedział też jednak „moje drogie”. Użył męskiego zwrotu, a mimo to w mojej głowie zadziałało myślenie skrótowe, które kazało mi odczytać to pytanie, jako kierowane również do mnie. Często ta sama sytuacja spotykana jest na studiach. „Szanowni studenci” ma być odczytywane jako komunikat tyczący się zarówno mężczyzn, jak i kobiet.

Pisałam swego czasu o śledztwie dziennikarki (a może pani wolałaby, aby mówić o niej - dziennikarz?) „Do Rzeczy”, która twierdziła, że przeniknęła do świata feministek, zapisując się na Gender Studies. Szkoda, że nikt nie poinformował jej o tym, że nie jest to tajne zgromadzenie i można się tam bez problemu zapisać w sposób cywilizowany. Dziennikarka w swym artykule napisała:

Raz jednemu z mężczyzn przyszło do głowy upomnieć wykładowczynię, która nieustannie zwracała się do żeńskiego audytorium. Przypomniał, że na sali są też panowie. Pani doktor w pierwszym odruchu przeprosiła męską reprezentację, ale zaraz uzasadniła swoje „paniowanie”. Wyjaśniła, że panowie nie powinni czuć się urażeni, bo język dotąd zawsze ich premiował przez to, że brakowało żeńskich końcówek – nie było profe- sorki, polityczki, ministrzycy ani nawet ministry. Więc gdy teraz ona zwraca się do słuchaczy w  żeńskiej formie, panowie powinni uznać, że mówi się w ten sposób także do nich

Napisałam wówczas – i zdania swego nadal bronię – „Brawo! Cieszę się, że dzielna agentka zwróciła uwagę na brutalną dyskryminację słowną. Szkoda tylko, że do tego wszystkiego dochodzi dopiero wówczas, gdy dyskryminowani są mężczyźni. Zapewne dziennikarka śledcza nie wspomniałaby nawet o tym fakcie, gdyby wykładowczynie zwracały się do zebranych osób per „drodzy studenci”. Krzyk podnosi się dopiero wówczas, gdy w celowym zabiegu mężczyznom daje się do zrozumienia to, jak czują się osoby pomijane. Nie buntowałabym się przeciwko temu zabiegowi. Jeżeli pani dziennikarka śledcza zapisze się dodatkowo na inne studia wówczas zobaczy, że formy męskie nadal dominują na uczelniach. Od zawsze kobiety zdominowane były przez męskie hasła typu: „student wie”, „student potrafi”, „drodzy studenci”. Czemu wtedy to nikomu nie przeszkadzało?”

zawody

Rzecz jednak w tym, że wielokrotnie to same kobiety nazywają siebie szefamispecjalistamikierowcami. Czy bycie specjalistką jest mniej wartościowe? A co z kierownicą? Jako kobieta, która wozi czasem pasażerów swym samochodem jestem wszak ich kierownicą, nie kierowcą. Śmieszne? Pilot również nie tylko lata samolotem, ale też zmienia kanały w telewizorze. Nazwanie mężczyzny pilotem nie wywołuje żadnej reakcji śmiechowej. Określenie kobiety kierownicą również takich reakcji by nie budziło, gdyby określenie te przesiąkło do codziennego użytku.

Żadna z kobiet nie chce wyjść przed szereg i tej Wisły kijem zawracać. Mniej śmieszne jest dla niej mówienie o sobie, jak o mężczyźnie, mimo, że powierzchowność wskazuje na to, iż jest raczej kobietą. A może jest osobą transseksualną? Może takie pytanie uruchomiłoby myślenie? Wielu kobietom zwyczajnie nie chce się podjąć pracy, jaką trzeba by włożyć w to, aby końcówki żeńskie były normą (choć mnie ten argument nie przekonuje. Być może grupę kobiet, zwracających uwagę na ten problem, przeciwnicy nazwą nawiedzonymi babami, nie mogą jednak powiedzieć tego samego o ogromnej ilości kobiet, które jedna przez drugą głośno domagają się uwzględniania ich w języku). Przykład bardzo prosty – dziennikarka śledcza, o której tu wspomniałam, napisała o jednym tylko mężczyźnie, który słysząc „drogie studentki” upomniał się o to, aby również męskie końcówki były uwzględniane. Wyrobił w sobie nawyk, który kazał mu upomnieć się o swoje prawa. Poczuł się jednocześnie nieswojo, kiedy musiał odczytywać „studentki” jako zwrot kierowany również do niego. Czemu nie robią tego samego kobiety?